Listonosz zawsze puka dwa razy

,.:;~-DRESZCZ-~;:.,

Listonosz zawsze puka dwa razy

Listonosz zawsze puka dwa razy
Rafał 'placeq' Malicki


W pokoju panował półmrok ranka. Moje rozważania na temat sensu egzystencji zostały przerwane przez niespodziewane uczucie głodu. Postanowiłem wybrać się do kuchni, aby przygotować jakiś posiłek. Niestety, zawartość lodówki była niezadowalająca, co wytłumaczyłem sobie brakiem chęci do ruszenia się gdziekolwiek poza obszar wyznaczony przez progi mego mieszkania. Kiedy przyjrzałem się dokładnie jedynemu przedmiotowi leżącemu na półce maszyny schładzającej, skonstatowałem, iż jest to lekko już nadpsuty serek topiony. Ogarnęła mnie niemoc i przemożna chęć wyrzucenia tego wynaturzenia do kosza. Jak pomyślałem, tak uczyniłem i poczułem się lepiej gdy usłyszałem odgłos uderzenia serka o dno pojemnika na śmieci.

Tak więc w lodówce nie było już nic. Ostatnią deską ratunku mogła się okazać jedynie szafka, czy też może kredens, gdzie mogło kryć się jeszcze coś zjadliwego. Bez wahania, szybkim wyrafinowanym ruchem otworzyłem drzwiczki, za którymi znajdowała się, nieco zakurzona torebka (nie wiem w jaki sposób mógł do środka dostać się kurz). Kiedy wziąłem opakowanie do ręki okazało się, że szarawy nalot nie był kurzem, tylko pleśnią. Nie zraziłem się tym wcale i zabrałem się za zdrapywanie osadu aby móc zidentyfikować zawartość torebki. Z napisu wywnioskowałem, że we wnętrzu znajduje się zupa grzybowa w proszku. Niezmiernie uradowany odkryciem otworzyłem opakowanie. Z wnętrza doleciał mnie miły zapach grzybów. Aromat ten postawił mi przed oczy lasy pełne borowików, pachnące jesienią złote liście, mokre od porannej rosy, rozkładające się miękkim dywanem między drzewami. Podczas gdy syciłem zmysły tymi wszystkimi doznaniami głód przypomniał o sobie. Ocknąłem się z miłej chwili zapomnienia i nastawiłem wodę w garnku na zupę. Kiedy chciałem wsypać proszek do wrzątku torebka wypadła mi z ręki na ziemię. Gdy schyliłem się aby ją podnieść, moim oczom ukazał się niesamowity widok. Wstrzymałem oddech. Czułem jak zimny pot zaczyna powoli występować na moje czoło. Czułem jak wzrasta produkcja adrenaliny przez nadnercza. Usiłowałem odwrócić wzrok, lecz moja wola była za słaba. Czułem nieopanowane drżenie rąk. Czułem grzyby... Ten niezwykły widok na zawsze zmienił moje życie. Otóż pod parapetem, w cichym, ciemnym i wilgotnym miejscu zalęgła się kolonia grzybków. To co wtedy poczułem jest nie do opisania...

Uspokoiłem się zupełnie, opanowałem drżenie rąk i podniosłem z ziemi opakowanie z resztą zupy w proszku. Wsypałem zawartość do wrzątku, co okazało się być niewystarczające. Wiedziałem co muszę zrobić. Od początku w mej świadomości ta myśl błąkała się, szukając chwili na wdrożenie jej do życia. Tak, zerwę grzybki i wrzucę je do wody! Zdrapałem wszystkie grzyby jakie były pod parapetem i umieściłem w garnku. Poczułem się lepiej, tak jakbym spełnił jakąś ważną, powierzoną mi misję. Zupa się gotowała...

Błyszczącą chochelką znalezioną z jakiejś szufladzie nalałem gotową zupkę do umytego specjalnie na tę okazję talerza. Już po pierwszej łyżce poczułem wielki przypływ energii. Spodziewałem się tego, nie wiem skąd, ale wiedziałem, że ta zupa to nie tylko jakieś proszki i grzybki spod parapetu. Jakaś niewypowiedziana mądrość kryła się w tej strawie, która z każdą łyżką napawała mnie coraz większym optymizmem. Zacząłem głośno się śmiać między łyżkami. W pewnym momencie przestałem. Coś poruszyło mnie a raczej się w zupie. Zbliżyłem oczy do talerza aby dokładniej ocenić sytuację. Jeden z grzybów zdawał się być nieco bardziej ruchliwy niż pozostałe i zaskakiwał mnie swą niespodziewaną emocją. Wziąłem go na łyżkę i podniosłem na wysokość oczu. W tej chwili zaskoczył mnie zupełnie, tym razem swą budową która go bardzo upersonifikowała. Mianowicie posiadał usta na kształt ludzkich, którymi niezgrabnie poruszał. Ku memu usprawiedliwionemu niecodzienną sytuacją zdziwieniu, grzyb zaczął wydobywać z siebie jakieś nieartykułowane dźwięki. On chciał mi coś powiedzieć.

Tego było już za wiele. Jak taki grzyb śmiał mówić coś do człowieka! Moje myśli zaczęły uciekać do jednego, prymitywnego celu - zabójstwa natręta. Już miałem go zrzucić na podłogę i zadeptać, lecz jakaś nikła część mojej podświadomości odwiodła mnie od tego haniebnego, bądź co bądź, czynu. Pomyślałem, że jednak grzyb ma mi coś naprawdę ważnego do powiedzenia. Czekałem na jego reakcję, którą były słowa wypowiedziane trochę ochrypłym głosem: "Uratuj listonosza"...

Dreszcz przebiegł mi po plecach. To była chwila. Łyżka wraz z grzybkiem wpadła z powrotem do talerza. Zrobiło mi się mdło. Pobiegłem do ubikacji celem zwrócenia zupy wraz z resztą treści żołądkowej... Kiedy chciałem już zamykać deskę, z dna muszli dobiegł mnie jakiś bulgot, spotęgowany przez echo z rur. Znów usłyszałem słowa: "Uratuj listonosza". Nie byłem do końca pewien o co chodziło. Dlaczego miałem ratować jakiegoś listonosza? Jak i przed czym miałem go uratować? Wiele myśli nawiedzało moją głowę a każda bardziej absurdalna od drugiej. Przypomniały mi się niegdyś usłyszane słowa, że listonosz zawsze puka dwa razy. A co, jeśli zapuka do mnie?

Następne wydarzenia przebiegały już szybko. Jakbym wszedł w odmienny stan świadomości. Nic mnie w ogóle nie dziwiło, już nawet gadający grzyb nie oddziaływał na mnie w jakiś szczególny sposób. Czekałem tylko na jedno. Wyczekiwałem pukania w drzwi ze strony klatki schodowej. Nie trwało to długo. W beznamiętnej ciszy usłyszałem: puk, puk. Skulony na podłodze, w ciszy oczekiwałem na drugi raz. Czekałem a cisza z każdą sekundą wydawała się coraz bardziej nieznośna. W uszach aż piszczało i mogłem usłyszeć widomy ruch słońca po widnokręgu... Rozległo się kolejne pukanie i wtedy byłem już pewien. Musiałem zrobić to szybko. Skoczyłem do drzwi, otworzyłem zamek i wciągnąłem za krawat stojącą za nimi osobę do mieszkania. Upadliśmy na podłogę. To był listonosz. Wiedziałem to od początku. Był zdziwiony moją reakcją, cokolwiek niezwyczajną w tym momencie.
- Co pan? - zapytał, poprawiając mundur i czapkę.
- Musiałem pana ratować - odparłem.
- Niby od czego? - zdziwił się.
- Tak powiedział grzyb a ja mu wierzę, poza tym sądzę, że to oni chcieli pana znaleźć. Na szczęście zapukał pan do odpowiednich drzwi - wygłosiłem z niekrytą dumą.
- Tak? No, skoro pan tak sądzi to coś w ty musi być - powiedział nieco zaniepokojony nowiną. - Rzeczywiście, na klatce odczuwałem dziwny niepokój. To zapewne ich sprawka.
- A nie mówiłem? Musi pan posiadać coś czego oni potrzebują. Może wie pan coś, co jest niewygodne dla nich? - zapytałem nie oczekując odpowiedzi. - W każdym razie nie może pan przez najbliższy czas się stąd ruszać. - powiedziałem.
- No, tak. Przecież oni mogą być wszędzie. Nigdy nie wiadomo gdzie mnie dopadną - powiedział rozumiejąc swą trudną sytuację.
- Więc zostanie pan u mnie. Myślę, że jeden pokój, kuchnia i łazienka powinny wystarczyć dla nas obu - powiedziałem oceniając możliwości zakwaterowania.
- W porządku, to mi pasuje. Zostanę tu do północy a potem będę zmuszony opuścić lokum. Do tego czasu zapewne się dowiedzą gdzie jestem - odparł.
- Niech pan się czuje jak u siebie w domu - powiedziałem, zachęcając go do rozgoszczenia się.

Listonosz zdjął mundur oraz czapkę i zawiesił je na wieszaku. Usiadł na fotelu i wpatrywał się w ścianę. Dołączyłem do niego i miło spędzaliśmy czas. W pewnym momencie zaproponowałem mu małą przekąskę w postaci talerza zupy grzybowej, którą przyjął dziękując i po zjedzeniu prosząc o dokładkę. Stwierdził, iż zapach grzybów poczuł już na klatce przed drzwiami mego mieszkania. To była naprawdę aromatyczna zupka a smakowała bardzo dobrze. Powiedział, że przypomina mu jesienny las. Niestety, zupa nie była za bardzo pożywna i po pewnym czasie znów poczuliśmy głód. Listonosz wygrzebał z torby telefon komórkowy i chciał zadzwonić po pizzę. Martwiliśmy się tylko, że donosiciel pizzy może być jednym z nich. Coś mi jednak mówiło, że oni zawsze śmierdzą zepsutym serem i doszliśmy do wniosku, że jeśli on okaże się być nim, to będziemy musieli go zlikwidować. Listonosz wystukał na klawiaturze telefonu numer do pizzeri i zamówił pizzę z pieczarkami.

Kiedy rozmawialiśmy o sensie egzystencji i duszy żyrandola, ktoś zapukał do drzwi. Powoli podszedłem do nich a listonosz stał już obok z kozikiem w ręku. Otworzyłem i od razu doszedł mnie zapach zepsutego sera dochodzący ze strony donosiciela pizzy. Mrugnąłem do listonosza i pozwoliłem wejść chłopakowi z pizzą do środka. Powiedziałem mu, że idę po pieniądze a wtedy listonosz zadał mu cios nożem. Chłopak osunął się na ziemię, gdyż pchnięcie listonosza okazało się nadzwyczaj trafne. Zamknąłem drzwi i położyłem pizzę na stole. Chwilę myśleliśmy co zrobić z denatem i wpadłem na pomysł aby włożyć go do wanny wypełnionej wodą. Kiedy tak zrobiliśmy woda w wannie zabarwiła się na jasno czerwony kolor pod wpływem krwi wypływającej z rany ofiary. Listonosz chciał go zakonserwować i wlał do wody spirytus z piersiówki znalezionej w torbie na listy. Wyszliśmy z łazienki. Postanowiliśmy nie jeść tej pizzy, ponieważ mogła być zatruta lub w inny sposób skażona przez nich.

Było już dawno po południu. Głód doskwierał nam jeszcze bardziej. Lodówka, kredens oraz garnek były puste. Zastanawialiśmy się, czy może nie zjeść spleśniałego serka ze śmietnika, lecz jego zapach odwiódł nas od tych myśli. Zajrzałem pod parapet i o dziwo, ujrzałem tam jednego, małego, optymistycznego grzybka uśmiechającego się głupio. Nie miałem pojęcia skąd on tam się wziął, przecież zużyłem całą kolonię do zupy. Teraz jednak nie zastanawiałem się długo, podzieliłem się zdobyczą z listonoszem i tym sposobem nasze żołądki poczuły coś w sobie oprócz kwasu ich wypełniającego. Nasza radość nie trwała zbyt długo. Skąpa przekąska nie była w stanie zaspokoić naszego niepohamowanego głodu. Listonosz przez chwilę myślał o wyciągnięciu denata z wanny i skonsumowaniu wątróbki, lecz gdy zobaczył w jakim stanie znajduje się ciało, wyszedł z łazienki i trzasnął za sobą drzwiami.

Noc zapadła na dobre i pokryła swą czarną nieprzenikalną peleryną całą zewnętrzność rozciągającą się gdzieś za zasłonami okna. Na niebie nie było gwiazd a przynajmniej tak wydawało się listonoszowi, który przełamał strach i wyjrzał na zewnątrz przez okno. Długo jednak nie wystawiał głowy, gdyż poczuł zapach zepsutego sera zwiastujący ich obecność. Wiedzieliśmy obaj, że listonosz niedługo będzie zmuszony opuścić moje mieszkanie, aby nie zostać wykrytym przez nich. Myślałem wprawdzie, że wyjdzie przed północą, jednak on patrzył nieustannie na zegar ścienny jakby zahipnotyzowany tykaniem i wyczekujący godziny zero. Siedział w fotelu i z ruchu jego warg wydawało mi się, że liczy upływające sekundy w oczekiwaniu na coś, co miało się zdarzyć na pewno, prędzej czy później. Z każdą sekundą prędzej. Próbowałem coś zagadać, lecz on trwał niewzruszony. Na jego twarzy malował się jakiś rodzaj niepokoju, tak jakby nie rozumiał dlaczego czas płynie w takim a nie innym tempie. Z każdą chwilą stawał się coraz bledszy. Widać głód zmógł go do ostatku. Z każdym ruchem z jego brzucha wydobywało się burczenie. Ja też nie ukrywałem zdenerwowania z uczucia głodu. Odwróciłem się i spojrzałem na stół, na którym znajdowało się pudełko z pizzą. Uchyliłem wieczko i doszedł mnie zapach sera i pieczarek. Wiedziałem, że mam za słabą wolę aby się oprzeć. Ostatkiem sił walczyłem ze sobą. Chyba jednak nie z całym sobą a raczej z jakąś przezorną cząstką mej podświadomości, która podpowiadała mi, że pizza jest przez nich skażona. Nie mogłem się opanować, pojawiło się znajome drżenie rąk. Słyszałem jak listonosz z tyłu oddycha głośno. Drżącymi rękami wyjąłem z pudełka kawałek pizzy i podniosłem go do ust...

Poczułem jakieś niewypowiedziane zimno w mych plecach. Następnie po całym ciele rozlała się fala gorąca, jakby ktoś napełniał mnie lawą z najgorętszych głębi ziemi. Czułem jak krew rozsadza mi skronie i napływa do ust. Wszystkie zmysły odłączały się po kolei, kiedy czułem silne rwanie z tyłu, rozchodzące się aż do czubków palców. Byłem świadomy co się dzieje, nie wiedziałem tylko dlaczego. Chyba dotarło do mnie, jednak nie zupełnie do końca. Padając na ziemię zobaczyłem nad sobą listonosza trzymającego zakrwawiony nóż. Najspokojniej w świecie powiedział: "Pamiętaj, listonosz zawsze puka dwa razy"... Dlaczego... Ciemność... Mrok...

***

Obudziłem się jak nowo narodzony. Było bardzo wcześnie. W pokoju panował półmrok. Usiadłem na łóżku. Poczułem silne uczucie głodu. Ktoś zapukał do drzwi. Dwukrotnie...


czerwiec 2003

Rafał 'placeq' Malicki
placeq444@poczta.fm